|
Jak powszechnie wiadomo Polacy lubią święta oraz cenią i szanują tradycję. W najbliższym czasie zagości ona u nas 8 i 9 kwietnia, przy okazji Świąt Wielkanocnych. Wejdzie do naszych domów, rozłoży się bogatymi półmiskami na stołach, jej oznaki pojawią się na ulicach, w sklepach i w wielu innych miejscach. O ile przeciwko tradycji rodzinno-kulinarnej nie mam nic, o tyle ta „uliczna tradycja", związana z tzw. lanym poniedziałkiem, budzi moje wątpliwości. Odeszły już od nas te dawne czasy, kiedy każda panna gorąco pragnęła być oblana w nadziei rychłego zamążpójścia, a jeśli, z powodu nieprzesadnej urody, oblana nie została, to łzami się zalewała i wstydziła się ludziom pokazać.
Dziś panna oblana znienacka wiadrem zimnej wody raczej płacze rzewnymi łzami nad zniszczonym świątecznym ubraniem, rozburzoną fryzurą, roztopionym makijażem itp. Nie będę już nawet wspominał o ludziach bez wyobraźni, którzy rzucają z okien w przechodniów torebkami foliowymi wypełnionymi wodą. Wyobraźmy sobie sporą cegłę spadającą z wysokości drugiego lub trzeciego piętra na ziemię. Gdyby trafiła ona człowieka w głowę, mogłaby go zabić. Tak samo jest w przypadku reklamówki pełnej wody. Jeżeli już mamy tego świadomość, to nie dziwmy się, że „kultywowanie tradycji" kończy się często interwencją policji czy straży miejskiej. Generalnie rzec można, że w lany poniedziałek (przynajmniej do południa) z domu strach wyjść. A jeżeli już ktoś zdecyduje się na ten krok, niech lepiej uważa, by nie przydarzyła mu się taka historia, jaką ja kilka lat temu miałem okazję obserwować z balkonu mojego mieszkania. Otóż przy jednej z głównych dzierżoniowskich ulic grupa młodzieży „miłującej" dawne obyczaje wodą z pobliskiego hydrantu oblewała przejeżdżające samochody. Jeden z kierowców chyba nie życzył sobie darmowego mycia auta, gdyż, nie przeczuwając co może się stać, wysiadł i zaczął owych młodzieńców, nie przebierając w wyrażeniach, upominać. Ci jednak niepochlebnych słów nie słuchali, ponieważ byli zajęci napełnianiem wiader wodą, którą następnie oblali dzielnego obrońcę swoich czterech kółek. Gdyby któryś z czytelników zdążył się już w tej historii pogubić, to informuję, że mamy już dwie „tradycyjne" ofiary: oblany samochód i kierowcę (chociaż ani kierowca, ani tym bardziej samochód pannami na wydaniu nie byli). Kubeł zimnej wody bardzo zdenerwował właściciela pojazdu (nie miłował tradycji czy co?). Widocznie był on (po wielkanocnej spowiedzi) bez grzechu, gdyż pierwszy rzucił kamieniem w stronę grupy „olewaczy". Wtedy nastąpiło ogólnie znane zjawisko, które można streścić w słowach „siła złego na jednego". Sprawiło ono, że dziarski kierowca jak niepyszny pierzchnął gdzie pieprz rośnie, a może i dalej.
Wniosek z tej historii dla każdego z nas: nigdy i pod żadnym pozorem nie należy przeciwstawiać się tradycji! A mówiąc poważnie: czy nie czas już na to, by po okresie „błędów i wypaczeń" zrezygnować dla dobra ludzkości z pewnych nie do końca już akceptowanych społecznie, chociaż tradycyjnych zwyczajów?
|