|
Strona 1 z 2
Rozkopana ziemia między grobami na dzierżoniowskim cmentarzu parafialnym. Grupa ludzi pochyla się nad wykopanym wąskim dołem. To nie pogrzeb. To ekshumacja. Historycy wrocławskiego Instytutu Pamięci Narodowej szukali szczątków ofiar systemu stalinowskiego straconych w 1946 r. Działania ekshumacyjne na terenie Cmentarza Parafialnego przy ul. Wrocławskiej w Dzierżoniowie przeprowadzono 31 marca. IPN szukał szczątków Jerzego Kaszyńskiego, Jerzego Pizły i Mieczysława Jeruzalskiego. Byli oni żołnierzami AK rozstrzelanymi na mocy wyroku sądowego w dzierżoniowskim więzieniu. Po egzekucji pochowano ich w anonimowych mogiłach, nie zdradzając miejsca pochówku nawet rodzinom.
Na podstawie zeznań świadków historycy Instytutu Pamięci Narodowej wyznaczyli obszar, gdzie prawdopodobnie mogą znajdować się szczątki Jerzego Kaszyńskiego i Jerzego Pizły, na których wykonano wyrok śmierci 17 stycznia 1947 r. oraz zastrzelonego miesiąc później Mieczysława Jeruzelskiego. 19 lutego br. na tym terenie przeprowadzono badania georadarem. Odczyty wyraźnie wskazały miejsca, w których nastąpiło naruszenie struktury ziemi. Wyniki te pokrywały się z zebranymi informacjami i pozwalały przypuszczać, że na określonym przez historyków obszarze mogą znajdować się szczątki poszukiwanych osób. Tezę tę mogła potwierdzić jedynie ekshumacja.
Byli przygotowani
Niestety, szukanych szczątków w miejscu wskazanym przez georadar nie odnaleziono. Natrafiono jedynie na szczątki pięciu małych szkieletów. - Regularne odstępy między nimi świadczą o tym, że trafiliśmy na alejkę, gdzie kiedyś chowano dzieci - wyjaśnia dr hab Krzysztof Szwagrzyk, naczelnik Oddziałowego biura Edukacji Publicznej wrocławskiego IPN-u. - Mówię kiedyś, bo nie mogę określić z całkowitą pewnością, ile te pochówki mają lat. Myślę, że mogły być wykonane jeszcze przed II wojną światową lub krótko po niej. Zniszczenia kości i trumien są tak ogromne, że na pewno mają co najmniej 50 lat. Historycy z IPN-u są zmartwieni takim obrotem sprawy, bo liczyli na to, że uda im się doprowadzić do końca sprawę, w którą się zaangażowali w ramach projektu „Śladami zbrodni" na Dolnym Śląsku. Tym bardziej, że skontaktowali się z bratem jednego z AK-owców, a na miejscu ekshumacji była rodzina Kaszyńskich, by w razie czego pobrać materiał genetyczny do badań od córki zgładzonego w 1946 r. żołnierza. Na miejscu obecna była również wdowa po Jerzym Kaszyńskim, która pokonała ponad 500 km z Jarosławia, by wrócić do wydarzeń sprzed 60 lat.
Tajemnica za tajemnicą
- Liczyłam na to, że to będzie ostatnia faza badań i mama uzyska spokój. Bo tylko o to chodzi. Nie ma gdzie dalej szukać. To ten teren. Ze wszystkich danych źródłowych tak wynika. Trzeba się z tym pogodzić - komentowała wynik poszukiwań Teresa Kaszyńska, córka zgładzonego w więzieniu AK-owca. O tym, że ojciec był ofiarą systemu stalinowskiego, dowiedziała się w 1993 r. po procesie rehabilitacyjnym. - Miałam cztery miesiące, gdy mój ojciec został stracony. Przez wiele lat w ogóle nie wiedziałam, jak zginął. W okresie powojennym o tym się nie mówiło. Myślałam, że był na robotach w Niemczech, wrócił, rozchorował się i zmarł. Dla mnie jako dziecka było to wystarczające wyjaśnienie - mówi. Nie liczy na odnalezienie szczątków ojca. Ma tylko nadzieję, że pogodzi się z tym faktem jej matka, Maria Krawczyk, wcześniej Kaszyńska, która do tej pory nie wyprawiła pierwszemu mężowi pogrzebu. To, gdzie spoczywają jego szczątki, może dla niej na zawsze pozostać tajemnicą.
.
<< start < bliżej 1 2 dalej > koniec >>
|