|
Strona 1 z 2
Znany król bielawskiej lichwy został zamordowany w swoim mieszkaniu w centrum miasta. Dla jednych był dobroczyńcą, dla innych sennym koszmarem. Gdy pożyczał pieniądze na złodziejski procent nie przypuszczał, że staną się one przyczyną jego śmierci. Rankiem 21 kwietnia oficer dyżurny Komisariatu Policji w Bielawie został poinformowany przez młodego człowieka, że w mieszkaniu przy ulicy Bankowej 1 znalazł leżącego na podłodze i nie dającego oznak życia Wiesława K. Przybyły na miejsce zespół medyczny stwierdził zgon, wobec czego do prac przystąpiła grupa dochodzeniowo-śledcza i prokurator.
Organy ścigania liczyły na to, że w odnalezieniu sprawcy zabójstwa niezmiernie pomocny okaże się odczyt nagrania z monitoringu miejskiego. Kamera usytuowana jest bowiem w miejscu, z którego bez trudu zaobserwować można osoby wchodzące i wychodzące z budynku przy Bankowej 1. Z naszych ustaleń wynika jednak, że kamera na pl. Wolności była nieczynna. Rzecznik KPP nie skomentowała tego faktu.
Zamordowany Wiesław K. znany był policji i mieszkańcom naszego powiatu. Był wielokrotnie karany i odsiadywał wyroki w zakładach karnych, ale gdy tylko wychodził, powracał do procederu. Stosował zróżnicowane progi procentowe. - Dla jednych oprocentowanie pożyczki wynosiło 50%, dla innych 30%, a jeżeli ktoś potrzebował pieniędzy na leki i posiadał receptę, to pożyczał bez oprocentowania - mówi jeden z jego klientów . - Zdarzyło mi się korzystać z usług Wiesława K., ale nigdy nie spóźniłem się z oddaniem pieniędzy. Nie można się było spóźnić. Takie były zasady - dodaje.
Człowiek legenda
Zabójstwo znanego lichwiarza wywołało liczne komentarze i spekulacje wśród lokalnej społeczności. Jak grzyby po deszczu powstają niepotwierdzone jak dotąd historie o życiu Wiesława K. Mówi się, że zwyczajem denata było podłączanie drzwi od mieszkania pod prąd, chowanie pozawijanych w gazety pieniędzy w różnorodnych skrytkach w całym mieszkaniu, czy zatrudnianie ochrony. Liczne są również sygnały o rzekomych skłonnościach pedofilskich lichwiarza. - Nie jest tajemnicą, że odwiedzali go młodzi chłopcy - z nieukrywana pogardą w głosie mówią ludzie.
Wśród zebranego w pobliżu domu denata tłumu słychać było nurtujące ludzi pytania: ile dowodów osobistych zostawionych w zastaw zabezpieczyli policjanci, czy policja znalazła słynny notes z nazwiskami dłużników, oraz czy, i kto, przejmie interes po zamordowanym "biznesmenie". Jak dotąd pytania te pozostają bez odpowiedzi.
- Przyszła kryska na Matyska, wielu ludzi przez niego cierpiało i wielu przez jego bezduszność odebrało sobie życie. Syn mojej sąsiadki zagazował się, bo nie mógł oddać długu - opowiada zdenerwowana bielawianka Teresa - A najgorsze jest to, że w niedzielę w kościele siadał przy samym ołtarzu, żeby go wszyscy widzieli - dodaje.
- Taki koniec był do przewidzenia. Wcześniej, czy później musiało dojść do tragedii. Umarł tak jak żył, czyli byle jak. Przecież on nic nie miał z tych pieniędzy. Żył skromnie, żeby nie powiedzieć biednie. W mieszkaniu miał stare graty, do ubioru nie przywiązywał żadnej wagi, nie posiadał drogiego sprzętu ani samochodu. Jedyne, co miał to stary rower, na którym ścigał dłużników - mówi jeden z sasiadów.
<< start < bliżej 1 2 dalej > koniec >>
|